Najpierw dwa słowa o maratonie trailerowo-reklamowym.
Indiana Jones. O jejcia, ciężko się już doczekać. Poza czekaniem
najgorsze jest to, że nowy Indiana będzie niestety kichą. Tak obstawiam.
Czuję w kościach, że to casus Phantom Menace. Oczekiwania są o
piętnaście rzędów wielkości zbyt duże.
Incredible Hulk. Ktoś splunął Angowi Lee prosto w twarz i zabrał się za
Hulka z Nortonem w roli głównej. Żal mi oplutego Lee, bo chociaż nie
kupuję 80% jego filmów, to jednak "Brokeback Mountain" uważam za
arcydzieło naszych czasów. Bardzo mi koleś zaimponował tym filmem.
Jednak "Hulk" mu tak średniawo wyszedł - więc może to i dobrze, że ktoś
mu sprzedał kopa w jajca kręcąc alternatywną historyjkę z lepszym
składem (Roth gra bedgaja i dziękuję państwu za uwagę).
Reklama Axe z dublerem Morgana. Kurcze, arcydzieło. To chyba jedna z
najfajniejszych reklam ostatnich czasów. Potraficie sobie wyobrazić, że
w odmętach internetu znajdują się oszołomki, które uwazają ją za
seksistowską? Pewnym pocieszeniem jest, to że w odmętach internetu
znajdują się też pedofile i dewoci religijni. Dobrze, że ja jestem
normalny. Więc słuchajcie mnie, dzieci. A unikniecie tych wszystkich
zboczeńców.
OK - pora na film. Wybrałem się na to pewnie z tego samego powodu, co
większość rozumnych widzów.
Robert Downey Jr.
Robert Downey Jr. gra superbohatera.
Albo spektakularna kompromitacja dekady, albo niezły film. Either way
worth seeing.
Prawda jest taka, że "Iron Man" jest niezły. Jest niezły jak sos chili
bez konserwantów. Jest niezły jak piwo Wschowskie niepasteryzowane. Jest
niezły jak reklamy EB z 1993 roku oglądane 15 lat później na youtube.
Według mnie ten film jest fajny dzięki Jonowi Favreau. Już 9 lat temu
czekałem na sukces tego dowcipnego kolesia (wtedy głównie aktora):
http://groups.google.com/group/pl.rec.film/msg/89d43222a8832c94
Ten film jest fajny dlatego, że jest dowcipny. Favreau poszedł w dowcip
z inteligentnego sitcomu. Oglądamy film o superbohaterze, gdzie co drugi
dialog iskrzy niegłupim żartem. Nie jest to jeszcze subtelny poziom
Allena-intelektualisty - ale raczej coś w stylu mądrzejszych gagów z
"Friends". Czyli nieźle.
Pytacie pewnie jak to się ma do "Batman Begins" Nolana. To dokładnie
przeciwny biegun. Nolan osiągnął coś niezwykłego - uwierzyliśmy, że
historia batmana jest na poważnie. Że jego problemów nie należy
bagatelizować, że to nie postać z komiksu, tylko z krwi i kości (yeah,
right). Dopiero teraz widzę, że to odrobinkę żenujące.
"Iron Man" jest przede wszystkim jajcarski. Robi sobie jaja z
komiksowych superbohaterów - a jednocześnie - jakimś przedziwnym
sposobem składa hołd głupawym komiksom. Efekt jest imponujący. Z grubsza
rzecz biorąc taki, że po wyjściu z kina, chcesz to obejrzeć jeszcze raz.
Podoba mi się taka interpretacja amerykańskiej kultury popularnej
nastolatków. Bo to interpretacja wykonana w stylu amerykańskiej kultury
popularnej dzisiejszych młodych 30-letnich ojców. Sentyment,
sentymentem, a dystans, dystansem. Nie możemy traktować naszych
dziecięcych idoli na poważnie. Po prostu nie możemy i kropka. Możemy ich
sobie powspominać. Ale należy się przy tym obleśnie porechotać, gdy
tylko jest okazja. Taki jest punkt widzenia Favreau. I ja się pod tym
podpisuję.
Na koniec dodam, że nie jestem ekspertem w temacie komiksowego "Iron
Mana" (nigdy nie widziałem ani jednego egzemplarza tego komiksu), więc
pewnie ingorancko pominąłem osiemnaśdziesiąt kulerskich nawiązań. Nie
jestem też fanem Black Sabbath.
Film oczywiście polecam.
--
Submission? Hmm, that's a bit of a problem.