Jak w TV usłyszałem tekst, że to "prawdopodobnie najlepszy film Woody
Allena", od razu wiedziałem, że ktoś tu ostro wali ściemę. Musiałem
zweryfikować to jawne kłamstwo.
Jak jest naprawdę z tym "Snem Kasandry"? Cytując słowa poety: no reason
to get excited, the thief he kindly spoke. Film na pewno nie jest wyżej
od przyzwoitej allenowskiej średniej. Z grubsza rzecz biorąc jest tak,
jak mówi imdb: lepiej od "Scoop", a gorzej od "Match Point".
Fakt, zdecydowanie warto zobaczyć duet Farrell-McGregor. Szczególnie jak
w tle przewija się jeszcze Wilkinson. Szczególnie Farrell jest
znakomity. Jeśli zaś chodzi o McGregora, to po tych reklamach Davidoff
myślałem, że sobie plastycznie zoperował delikatnie czoło. A tu się
okazuje, że te fotki były chamsko wyretuszowane. I McGregor jednak nadal
jest sobą.
Moim podstawowym zarzutem wobec "CD" nie jest to, że Allen po raz
trzysetny przypomina o swoich fascynacjach Dostojewskim, ale to, że ten
film jest przegadany. Możliwe, że Allen spędził zbyt dużo czasu w
jukeju, oglądnął za dużo BBC. "CD" zwyczajnie cierpi na odwieczną
przypadłość kina brytyjskiego - czyli przegadanie. Gadające głowy - w
kółko te same - gadają i gadają. Zmienia się tylko sceneria za nimi.
Często nawet ubrania pozostają te same. Pomiędzy scenami gadania nic się
nie znajduje, żaden element akcji, żadna golizna. Nie wymagam od razu
pościgów samochodowych ani rozkładówek playboya - ale jakiegoś drobnego
przerywnika pomiędzy gadającymi głowami, który wprowadziłby nieco życia
w te angielskie nudy. Takich niestety jest 90% brytyjskich filmów. Tym
najwyraźniej zaraził się Allen.
Jeśli nie wiecie, co to znaczy przegadany film to w skrócie definicja
jest taka: jeśli jesteście angielskojęzyczni, to siędząc w kinie macie
wrażenie, że przerabiacie kurs angielskiego poziom średniozaawansowany,
dzisiaj na zajęciach trzy godziny słuchowiska z zakurzonego mangetofonu.
Jeśli zaś nie jesteście angielskojęzyczni, to siedząc w kinie macie
wrażenie, że czytacie książkę. Na końcu z napisów dowiadujecie się, kto
grał w filmie. A z internetu wyczytacie gdzie działa się akcja.
Tak to działa. Przegadany film. Specjalność narodowa Wyspiarzy.
Ja jestem prosty chłop. Wychowany na przedziwnym miksie filmów polskich,
amerykańskich i francuskich. No i ze szczyptą czegoś hiszpańskiego. I
włoskiego. I taka jest moja estetyka, to do mnie przemawia. Kino
polskie: wiadomo, chaos, mydło i powidło, wszystko i nic. Amerykańskie:
wiadomo, wybuchy, strzelaniny, kultowe teksty, dinozaury. Francuskie:
wiadomo, golizna, seks, Paryż, znowu seks. I tak dalej. Z filmem jest
trochę jak z kuchnią. A ten "CS" jest chwilami tak smaczny jak pudding z
mieloną wołowiną zapieczoną w cieście.
Nie twierdzę, że w angielskiej kuchni nie ma _kompletnie_ nic dobrego.
Twierdzę, że tylko jakimś niebywałym fuksem wynaleźli smażony bekon z
sadzonymi jajami. Pewnie przez przypadek - nie wiem.
Trochę odbiegłem od tematu. Ale mam nadzieję, że wszystko jest jasne. Do
kina proszę iść raczej z braku czasu.
--
Submission? Hmm, that's a bit of a problem.