Chcecie nakręcić frustrujący film, którym wszyscy będą się zachwycali?
Stwórzcie bohaterów, którym w życiu nie może się udać na ich własne
życzenie, dorzućcie motyw z ojcem, który opuścił rodzinę, a wszystko
pokażcie z perspektywy kilkuletniego chłopca o przecudnych blond włosach.
O “Sztuczkach” nie ma sensu zbyt wiele pisać, bo lepiej ten obraz ominąć
niż poświęcić mu półtora godzinny swojego czasu. Scenariusz filmu
umiejscawia bohaterów w Wałbrzychu, w którym żyją min. chłopiec Stefek,
jego starsza siotra Elka, zalecający się do Elki Jerzy, pragnąca czułości
dorodna blondynka Violka i handlujący używanymi samochodami Turek. Na
peronie lokalnego dworca kolejowego każdego dnia pojawia się mężczyzna,
który prawdopodobnie jest ojcem Stefka i Elki.
Akcja? Cóż, akcja to jedynie fabularne przedstawienie ruchów Browna, którym
podlegają poszczególne postacie. Elka uczy się włoskiego bo chce dostać
dobrą pracę, jej matka prowadzi mały sklep, Violka każdego dnia jedzie
zabawić się z kolejnym lowelasem, a Stefek kombinuje jak tu doprowadzić do
ponownego spotkania ojca i matki. I to by było na tyle.
Wszycy bohaterowie odbijają się od własnego życia niczym kulki w losowaniu
Multi Lotka. Stefek stara się zetknąć ojca z matką ale ciągle coś mu w tym
przeszkadza. Elka niemalże przychodzi na rozmowę o pracę (jestem pewien, że
by ją dostała) ale się spóźnia bo wcześniej zapomina o tym, która jest
godzina. Jerzemu ciągle psuje się motor ale przynajmniej chce Elkę podwozić
tu i tam. Poza tym nie robi nic, czasem tylko podłubie w pozbawionym kół
wraku Mustanga ‘69, którego jest właścicielem. Jedynie Turek wydaje się
być
dokładnie tam gdzie powinien - jego biznes go cieszy, radzi sobie jak może
i ma nawet swoje własne podejście do świata i życiową filozofię. Postać
kompletna, szkoda że tak rzadko występująca.
Wiem co na temat tego filmu mówią osoby, którym się podobał. Że ciepły,
że
wyciskający łzy, że ujmuje humorem i powolnym rytmem życia w biednej
mieścince, że to coś na kształt czeskiego kina z bohaterami bez większych
życiowych sukcesów ale mających swoją dumę i cieszących się życiem. Nic
z
tych rzeczy. “Sztuczki” to jedynie pochwała bezradności w obliczu tego
przeklętego losu, który zawsze przeszkadza i sprawia, że znowu coś komuś
nie wyjdzie, pełna pobłażliwości historyjka, której przesłanie można
streścić w krótkim zdaniu. Bo oni niby próbują no ale brakuje szczęścia i
perspektyw. Bo Elka się tego języka uczy ale po prostu zapomniała o
terminie. Żadnej prawdziwej walki, żadnego rzeczywistego starania się.
Jasne, tacy ludzie istnieją tylko po co kręcić o nich kolejny film?
Przecież nie trzeba od razu tworzyć opowieści o amerykańskim śnie.
Wystarczy inspiracja węgierskimi “Kontrolerami”, z bohaterami mającymi
parszywą pracę ale wiedzącymi do czego służą łokcie. Z ludźmi, którzy
żyją.
Jedynymi plusami, które w “Sztuczkach” dostrzegłem, były piękne oczy i
śliczne nogi Eweliny Walendziak (która aktorstwa musi się jeszcze nauczyć)
i całkiem niezły występ Damiana Ula grającego Stefka. Nie da się ukryć,
że
mały Damian bardzo pozytywnie wyróżnia się na tle wszystkich tych
drewnianych kukieł, które w polskiej kinematografii nazywane są “aktorami
dziecięcymi”.
3/10
--
Michał Gancarski
Omlet Creative Crew - http://omlet.cc/
Ekonomia obfitości - http://www.economicsofplenty.com/
"Someone who knows too much finds it hard not to lie."