Był kiedyś w TVP serial. Miał w nazwie "generation", latali stodołą po
kosmosie, a dowódcą był taki łysy jajogłowy. Na początku głosem pełnym
zadumy mówił: space, the final frontier.
Odcinki ten serial miał bardzo różne. Niektóre - te najfajniejsze -
polegały na tym, że naparzali się z Klingonami, albo przechytrzali
Borga. Było trochę jakiejś akcji, jakieś ofiary, odrobinka przemocy.
Jednym słowem: fun. A gdzieś bokiem przemycali nieco głębsze treści, w
rodzaju: najpieknięjszą cechą ludzkości jest indywidualizm.
Ale były też takie odcinki, w których scenarzyści poszli na całość i
zapomnieli o funie. I ta biedna załoga, przez cały odcinek, bite 45
minut, orbitowała wokół planety Blargon 7 i rozważała, czy może
ingerować w rozwój cywilizacji mrówkojadów, czy też nie. Bo tam mieli
jakiś paragraf 628, podpunkt D, który mówił, że nie, bo nie. Ale z
drugiej strony czuli wewnętrzne moralne rozdarcie, bo cośtam. No i tak
orbitowali i się zastanawiali. A ja biłem rekordy w ziewaniu na czas.
Już nawet nieważne, czy sam dotykający ich problem był interesujący.
Oczywiście nie był. Bo jak może mnie zainteresować problem, który nie
dotyczy i nigdy nie będzie dotyczył mnie. Ani moich dzieci. Ani ich
dzieci. Już lepiej poopowiadaliby coś o uprawie poziomek. Ale nawet nie
czepiam się teraz tego, że niefortunnie wybrali sobie temat rozważań.
Najbardziej bolało mnie, że nikt się nie strzela z fazera, nikt nie
dowcipkuje, nikt nie krwawi. Nie było w tym żadnych emocji. Nie było funu.
Uwaga, będzie pointa. Otóż dość łatwo było zauważyć, że o powodzeniu
odcinka decydowało dobre ułożenie punktu cieżkości na osi rozpiętej
pomiędzy funem a "głębszymi treściami". A jeśli ktoś tego punktu nie
potrafił dobrze umiejscowić, to lepiej, żeby się pomylił przeginając
wszystko na stronę funu, a nie odwrotnie. Otrzymywał wtedy "Gwiezdne Wojny".
Innym gatunkiem, w którym to wyważenie jest jedynym kluczem do sukcesu
jest komedia obyczajowa. I Sverakovie są w tym temacie mistrzami świata.
A "Butelki zwrotne" kolejnym dowodem ich geniuszu. Film nie jest nudny,
jest zabawny, wciągający, ma rewelacyjne postaci. Czyli oferuje sporo
funu. A jednocześnie - niby przez przypadek, tak niechcący, bez żadnych
pretensji - opowiada o paru życiowych sprawach w wyjątkowo mądry sposób.
I nie ma się wrażenia, że są to wydumane problemy papierowych postaci
żyjących w jakimś odległym nieprzystającym kraju (jak we "Wpadce"). To
realne rozterki, duże i małe, zabawne i poważne, tu i teraz.
Dobry film. Polecam.
--
Submission? Hmm, that's a bit of a problem.