Przed seansem leciał jakiś kuriozalny - ale w sumie widowiskowy -
trailer. Zaczyna się od przedstawienia, że reżyserem jest twórca "Dnia
Niepodległości". Pamiętacie pewnie ten filmik, w którym Goldblum z
laptopem pokonał cywilizację obcych. Chyba zrobił to przez wi-fi -
akurat techniczny aspekt jakoś mi umknął.
A potem w tym trailerze piszą jeszcze, że ten sam twórca nakręcił "Day
After Tomorrow". Pamiętacie pewnie ten filmik, w którym helikopterom
silniki zamarzały w locie.
No więc tym razem wydaje się, że Emmerich zmienia koncepcję. Jest to
znaczący zwrot w karierze, polegający na tym, że nie będzie już w swoim
filmie niszczył Nowego Jorku. Na pierwszy rzut oka wygląda, jakby chciał
się delikatnie podpiąć pod modę na "filmy historyczne" w stylu
"Apocalypto" albo "300" - z tym, że jak to Emmerich mnoży wszystko x10.
Jak film historyczny, to przecież nie może się dziać później jak "10.000
BC".
Jestem ciekaw, jak wg Emmericha poluje się na mamuty (bo na obce
cywilizacje to najlepiej przez wi-fi). Ale szczerze zainteresował mnie
tym filmem, choć zdaję sobie sprawę, że poza efektownymi efektami
niewiele się będzie za tym kryć.
Ale do rzeczy. "I am Legend". Filmy o zombiakach zawsze interpretowałem
jako wielką metaforę samotności w życiu każdego człowieka. Bo nieważne
jak dużą masz rodzinę, ilu przyjaciół, jak grube ściany wokół siebie -
wcześniej czy później dobierze się do Ciebie zombiak i Cię rozszarpie.
I, kurna, metaforycznie rzecz ujmując, tak właśnie będzie.
"I am Legend" podnosi uczucie samotności do potęgi. Obserwowanie Willa
Smitha w pustym mieście jest dołujące tak bardzo, że potem na odtrutkę
trzeba sobie obejrzeć coś w stylu Józka z Bagien na youtube.com. I
dopiero wtedy wychodzi się na zero. Możecie sobie więc wyobrazić, jak
głeboki dołek psychiczny serwuje "I am Legend".
Może fajnie wygląda przejazd Mustangiem GT500 (almost) po zarośniętych
ulicach - ale chwilę poźniej dopada człwoieka znowu uczucie
przytłaczającej beznadziejnej samotności. Może już lepiej nawet
przyłączyć się do tych zombiaków? Jasne, cera się zepsuje, ale
przynajmniej będzie z kim pogadać.
Reklamuje się ten film jako horror. I bardzo dobrze, bo "I am Legend" ma
kilka mocnych horrorowych scen pierwszego sortu. Kojarzycie może to
ujęcie ze "The Signs", jak w odbiciu telewizora widać stojącego
nieruchomo aliena? Właśnie.
W tle postapokaliptycznego NYC jest kilka smaczków w rodzaju plakatu
filmu "Superman & Batman". Wygląda na to, że zabójczy wirus zatakował
tuż po premierze.
Zakończenie filmu jest, delikatnie ujmując, kontrowersyjne. Ale jak
czytam teraz w wikipedii o alternatywnym zakończeniu, które byłoby
naprawdę ostrym szorowaniem o dno, to w sumie obecnie może nie jest tak źle.
Ciężko ten film polecić. Mnie on zwyczajnie zdołował.
Za to wychodząc z kina, zauważyłem na ścianie plakat "The Happening"
Shyamayalayana. Po kiego grzyba reklamować u nas teraz coś, co w Stanach
pokażą dopiero w czerwcu?
--
http://youtube.com/watch?v=i0s4OAMISN4