Uwaga!
Przed przeczytaniem usiąść w miłym, cichym spokojnym miejscu gdzie nikt
nie będzie przeszkadzał.
"
Wymyśl sobie wyspę.
Nie, nie tak szybko, wiem co przyszło Ci do głowy.
Zawróć na północ, przez pół świata, a gdy już widnokrąg zabierze Ci
mgła, pośród nocy wcale nie zimniejszej od innych a jednak przejmującej
Cię dreszczem, wyjdź na skrzący się lodem pokład i nasłuchuj przyboju.
Usłyszysz. A potem zaczekaj do dnia. Warto. Słońce zamieni szron w
miriady tęczowych kropli oceanu, rześkość powietrza, zadziwiająco bez
morskiej wilgoci w sobie dosięgnie dna płuc. Podniesiesz głowę po
zachłyśnięciu się i zobaczysz skałę przez której szczyt właśnie
przechodzi promień i znajdziesz obietnicę ciepła na swojej dłoni.
Plaża jest zimna, taka sama jak Twoje stopy, we władaniu chłodu, tego
który przez dni żeglugi piął się po całym ciele, przez uda, biodra,
do ramion, wyżej i jednocześnie coraz bardziej w głąb. Nigdy nie oddawał
raz zdobytego ciała aż zamieszkał wszędzie.
Ścieżka pnie się w góre, pierwsze trawy wdzierają się na ziemię z
kamieni, bezwolnym ruchem przesuwając się w bok po łydkach. Nie pytaj. Idź.
Mięśnie protestują, na małej łodzi odwykłe od wysiłku, ale w zamian
znika odczucie zimna. Kolejna trawa ostrą łodygą przesuwa się wzdłuż
boku stopy, inaczej niz poprzednie. Nie jest już tylko bezwiednym
doznaniem, ten dotyk ma swój początek, subtelna siłę, bezwładnośc i
drapieżność i swój koniec. Kolejna trafia wyżej, odczuciem krótszym i
mocniejszym, a potem za każdym krokiem jest ich więcej. Sięgają wyżej,
mocniej. Powiedziałabyś że sa wręcz natarczywe, gdyby nie były tylko
trawami.
Nie zauważasz kiedy słońce ogrzało Twoje palce na tyle aby poczuć na
nich wiatr, potem bezczelnie sięgnęło dalej na wewnętrzną stronę
nadgarstków, jakby rozmyślnie skupiając swoja siłę na skórze. Dociera
pod plątaninę niebieskiej siateczki żył, do samej czerwieni, zatrzymując
się tuż przed granicą bólu. Za chwilę nie wiesz czy rumieńce na twarzy
są od słońca czy od niesionej do głowy rozgrzanej krwi. Pulsowanie
tętnic narasta, wybija rytm w rosnącą na niebie tarczę aż w odruchu
poddania kładziesz się na plecach wyciągając do góry ręce w rytualnym
geście ofiary Azteków.
Nagrodą za posłuszeństwo jest błogość.
Nie ma palących promieni, tylko krew wędruje w dawno nieodczuwane
miejsca z kocim brakiem pośpiechu, by jak wszystkie koty dotrzeć do
splotu słonecznego i objąć go na własność. A potem, z tego miejsca, z
wrodzoną zaborczością wysyłać gardłową pulsacją rozkazy do każdego
włókna, po końce palców, aż po płatki uszu, do ust, nosa, powiek.
Wszystkie one wracają do wnętrza niosąc zarzewia żaru, zbierając się w
płomienie, rosnąc aż po gwałtowność huraganów. Nagle, wpadają wszystkie
w tej samej chwili, do swego źródła by je posiąść. A potem wystrzelą
wysokim słupem ognia aż po ostateczne dopełnienie - krzyk.
Umysł przywołuje obrazy zatopionych miast, których nikt prócz Ciebie
nigdy nie odwiedzi, tam gdzie czułaś absolutną wolność. W mgnieniu, w
którym zrozumiałaś że zatonęły wszystkie prawa zamieszkujących je
plemion, jakby ich nigdy nie było. Tylko kamień przetrwa mnie, Ciebie, a
życie ma znaczenie tylko tu i teraz.
Bo nikt nas nie będzie pamiętał oprócz nas samych.
Jesteś tam, pośród ulic, które powoli poddaja się piaskowi i wodorostom
, jednocześnie tu na wyspie pod władzą słońca, w jednym z tych miejsc
jesteś Bogiem, w drugim jego ofiarą. I żadne z nich nie zazdrości
drugiemu: żaru ani chłodu, rozkoszy ani obojętnej pustki, bezwoli ani
władzy.
Tylko tam głęboko, miedzy dwoma światami, opada w pył pamięci jedyne
słowo jakie wypowiesz: imię wyspy.
KJ